Zabrała torebkę i pojechała do
szpitala. Wychodząc z bloku, rozejrzała się dookoła, upewniając się, że nikogo
nie ma. To samo zrobiła na szpitalnym parkingu. Niby czuła ulgę, ale niepokój
ciągle drzemał w niej. Najpierw udała się do lekarza, dowiedzieć się co ze
stanem jej byłego męża.
– Ciągle czekamy za profesorem, który
w najbliższych dniach ma się pojawić. Teraz pan Łukasz nie może się denerwować,
bo krwiak może w każdej chwili pęknąć. Jest pod stałą obserwacją. Odwiedza go
pani codziennie i to daje mu siłę do życia.
– To pójdę do niego.
– On tylko czeka na panią.
Róża pożegnała się z lekarzem i udała
się do sali. Ochroniarz wpuścił ją do środka. Mężczyzna widząc swoją byłą żonę,
uśmiechnął się szeroko.
– Cześć. Jak się czujesz?
– A jak mam się czuć? Nie mogę nawet
się porządnie położyć, bo to dziadostwo co jest we mnie, uciska mnie.
– Jak tylko pojawi się profesor,
będziesz operowany.
– Ciekawe tylko kiedy się pojawi.
Medyk nic nie zrobił?
– Jak na razie siedzi cicho, ale to
cisza przed burzą.
– Wtedy jak był u mnie, powiedział
mi, że będziesz konać w gorszych męczarniach…
– Nic nie mów. Nie możesz się
denerwować. – chwyciła go za dłoń. – Nie myśl nawet o tym. Nic mi nie jest i
nie stanie się.
– Powinnaś mieć ochronę.
– Radzym już o to zadbał.
– Tak? – parsknął.
– Tak. – rzekła poważnym tonem.
– Musi cię naprawdę kochać. Mam
poważnego rywala.
– On ciągle myśl o Paulinie. Kocha
ją.
– Byli ze sobą długo, ale życie toczy
się dalej. Od śmierci Pauliny minęły cztery miesiące. – Łukasz przyglądał się
jej uważnie. – W niektórych sytuacjach ją przypominasz. Ona też walczyła do
końca.
– Radzym nie jest w moim typie.
– Wiem, bo ciągle mnie kochasz. –
puścił do niej oczko i zaśmiał się głośno.
Róża obrzuciła go lodowatym spojrzeniem,
powodując u niego jeszcze głośniejszy śmiech. Kobieta skarciła go, żeby się
uspokoił, lecz mężczyzna tego nie zrobi.
– Wychodzę.
– Już? Nie zostawiaj mnie z tymi
pielęgniarkami. One są okropne…
– Boisz się kobiet?
– Gdybyś ty była na ich miejscu… –
wzdychnął.
– Skończ. – usłyszała dzwonek
komórki. – Przepraszam, ale muszę odebrać.
Wyszła na korytarz i rozmawiała,
śmiejąc się. Łukasz przyglądał się swojej byłej żonie. Ciągle ją kochał.
Pragnął, aby Róża wróciła do niego, ale teraz wiedział, że to był koniec. Nie
patrzyła już na niego tak jak osiem lat temu. Tamto uczucie wygasło.
Zastanawiał się tylko, dlaczego cały czas czuwała przy nim. Może była jeszcze
nadzieja, że do niego wróci?
– Przepraszam. Dzwoniła moja siostra.
Przyjechała do Polski i nie ma gdzie się zatrzymać.
– Żaneta? Co u niej słychać?
– Pół roku temu urodziła córeczkę.
– O! Pogratuluj jej ode mnie.
– Zrobię to. – posmutniała.
– Róża. – chwycił ją za dłoń. – Też
chciałem to dziecko.
– Jutro jadę do Marty Law. Wybudziła
się. – zmieniła temat.
– Tak?
– Tak.
– Chciałbym porozmawiać z nią, przeprosić…
– skrzywił się.
– Łukasz, co się dzieje? – zerwała
się na równe nogi.
– Nic.
– Jak to nic? Łukasz? – wybiegła z
sali. – Lekarza! Szybko! Z moim mężem coś się dzieje!
Po chwili w środku pojawił się doktor
i pielęgniarki. Prosili Róże, aby opuściła salę i zaczekała na zewnątrz.
Patrzyła jak lekarz bada Staszka. Usiadła na krześle i czekała, aż ten wyjdzie
i poinformuje ją o stanie mężczyzny.
– I co z Łukaszem?
– Krwiak z dnia na dzień powiększa
się i uciska na mózg, powodując ból. Teraz trzeba uważać na słowa, które mogą
wywołać jakiekolwiek emocje.
– Wiadomo kiedy profesor ma
przyjechać?
– Nie mam pojęcia. Może przyjechać w
każdej chwili.
– Czyli jest szansa, że jutro się
pojawi?
– Może, ale…
– Nie musi. – dokończyła. – Stan
Łukasza z dnia na dzień się pogarsza.
– Robimy wszystko co w naszej mocy.
– Gówno robicie.
Rzuciła słowa prosto w twarz lekarza
i wyszła wściekła ze szpitala. Pojechała prosto do swojego mieszkania, nie
myśląc o niczym innym jak o swoim byłym mężu. Wchodzą po schodach, zobaczyła
swoją siostrę z córeczką. Ucieszyła się na ich widok. Zaprosiła je do środka i
pokazał pokój, w którym miały chwilowo zamieszkać. Kiedy Żaneta rozpakowywała
się, Doft przygotowała dla nich kolację.
– Dlaczego rodzice nie przyjechali? –
zapytała, kiedy skończyły posiłek.
– Ojciec złamał sobie nogę dwa dni
temu i nie mógł przyjechać. A wiesz jak mama, bez ojca się nie ruszy.
– I to jest miłość. Tylko my nie mamy
szczęścia. Ojciec małej płaci alimenty?
– Tak. Nie mam z nim problemu. Bardzo
kocha malutką. Oddałby wszystko, żeby była szczęśliwa.
– A ty? Jesteś szczęśliwa?
– Tak. – odpowiedziała ze smutkiem.
– Ciągle go kochasz?
– Tak jak ty Łukasza.
– Nie wiem czy go jeszcze kocham.
– Jak to nie wiesz? – Żaneta
spojrzała na nią zaskoczona.
– Nie wiem. Odwiedzam go w tym
szpitalu, ale nie czuję tego co kiedyś. Nie wiem czy kocham Łukasza czy…
– Czy…?
– Nie. – pokręciła głową i zaczęła
się śmiać.
– Poznałaś kogoś?
– Niby kogo?
– No nie wiem, ty mi powiedz. Jest
ktoś, kto zaprząta tobie głowę?
– Może tak, może nie.
– Róża.
– Jest taki jeden. Już wcześniej się
spotkaliśmy.
– Tak? Kiedy?
– W dzieciństwie.
– Co? Spotkałaś mężczyznę, którego
poznałaś w dzieciństwie? Dobrze słyszałam?
– Tak. O więcej nie pytaj.
Długo debatowały na temat
tajemniczego mężczyzny, który pojawił się w życiu pani śledczej. Dość późno
poszły spać, co spowodowało, że Różę obudziła dzwoniąca komórka.
– Halo?
– Dobrze się śpi?
– Koner? Czego chcesz?
– Nie jedziesz do szpitala?
– Jakiego szpitala?
– Do Marty Law.
– Cholera! Zaraz będę!
Zerwała się na równe nogi i w
pośpiechu założyła czarną koszulkę i spodnie, wybiegając z pokoju w podskokach,
wiążąc sznurowadła. Zabrała torebkę i zbiegła po schodach. Zobaczyła jak Koner
opierał się o samochód i trzymał w jednej ręce kubek z kawą.
– Zaspałaś. To do ciebie nie podobne.
– Przyjechała moja siostra.
– Ploteczki, ploteczki i jeszcze raz
ploteczki.
– To nazywa się wymiana informacji. –
poprawiła go.
– Jasne. Po co wczoraj byłaś tak
późno u Łukasza?
– Znowu mnie śledziłeś?!
– Ciebie nie można spuścić z oka
nawet na sekundę.
– Skończ z tym.
– Dopiero jak złapiemy Medyka.
– Mam dosyć twojego zachowania.
– Wsiadaj, a nie gadaj.
– Wsiadaj, a nie gadaj. – powtórzyła
za nim, krzywiąc się. Radzym zajął miejsce za kierownicą i ruszyli w drogę.
– Masz tu kawę. Pojedziemy najpierw
do restauracji na śniadanie, a potem do szpitala.
– A co ty taki opiekuńczy się
zrobiłeś?
– Zawsze taki byłem.
– Yhym…
Tak jak powiedział Radzym, też tak
zrobił. Najpierw pojechali coś zjeść, a następnie do szpitala. Róża
opowiedziała mu o swojej siostrze i siostrzenicy. Z radością mówiła o
malutkiej. Mężczyźnie zrobiło się żal partnerki. Widać było jak bardzo uwielbia
dzieci. Po zjedzeniu pojechali do prywatnej kliniki. Weszli do środka, gdzie
zostali skontrolowani przez ochroniarzy, potem zostali wpuszczeni do sali.
Ojciec dziewczyny przywitał ich serdecznym uśmiechem, a zwłaszcza Różę.
– Obiecałam, że się zjawię, więc
jestem.
– Opowiadałem mojej córce o pani.
– Jak się pani czuje? – zapytała
Doft.
– Lepiej, choć trochę dziwnie.
Przespałam sześć lat.
– Ważne, że pani się wybudziła i nic
poważnego nie dolega. – zapadła niezręczna cisza. Każdy unikał spojrzenia
drugiej osoby.
– Jak się czuje pani mąż? – zapytała
dziewczyna.
– Czeka na operację, bo lekarze
wykryli krwiaka.
– Mam nadzieję, że wszystko się
ułoży.
– Łukasz chciałby tu być i przeprosić
panią za ten…
– Wybaczyłam mu. – spojrzała na swoje
dłonie. – To była moja wina. Wybiegłam na ulicę bez zastanowienia.
– Pamięta pani tamto zdarzenie?
– Mam prześwity. Uciekałam przed
jakiś mężczyzną. – zmarszczyła czoło, próbując sobie jeszcze coś przypomnieć. –
Byłam chyba w parku, w jakiś miejscu porośniętym ogromnymi krzakami. Nie wiem
czy on chciał mi coś zrobić. Nie pamiętam. – zaczęła szybko oddychać.
– Spokojnie. Niech pani się nie
przemęcza.
– Bardzo chciałabym pomóc. Chociaż powiedzieć
jak on wyglądał, żebyście go złapali.
– Mówiła pani o parku.
– To chyba był park.
– Park… – powtarzała kilka razy to
słowo.
– Róża?
Kiedy poczuła dotyk swojego partnera,
wyjęła telefon z torebki i zaczęła szukać. Podeszła do łóżka dziewczyny i
pokazała fotografię.
– Może to on?
– Nie wiem. – przyglądała się mu. –
Nie pamiętam… – analizowała każdy fragment jego twarzy i po chwili odrzuciła
telefon. – To on. – oddychała szybko.
– Niech pani weźmie głęboki oddech. –
nakazał Radzym.
– To on!
– Spokojnie, pani Marto. Złapiemy go.
– Medyk. – rzekł mafioso. – Zabiję
gnoja.
– Najpierw my go złapiemy.
– Moi ludzie wam pomogą.
Śledczy uzgodnili wszystko z mafiosem
i pojechali na komisariat.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz